Bardzo ciekawa struktura pracy, olbrzymia wiedza autora, świetny warsztat pisarski, dobry styl, niebanalny pomysł – to główne cechy opowieści o równoległych światach, ludzi i bogów, i ich połączeniu oraz konieczności „zamknięcia Nieba” po zstąpieniu bogów na Ziemię, m.in. do Białegostoku i Warszawy, ale jednak nagromadzenie oszałamiających metafor, wyszukanych dowcipów i zaskakujących point może nużyć, a po zakończeniu lektury okazuje się, że zostaje po niej smutna konkluzja: pokolenie trzydziestolatków nie potrafi poukładać uczonej sieczki w głowie i mają jedynie błyskotliwie zbywającą odpowiedź na każde pytanie, nawet na te pytania najważniejsze – o wiarę, miłość i nadzieję.
niedziela, czerwca 30, 2013
Bardzo ciekawa struktura pracy, olbrzymia wiedza autora, świetny warsztat pisarski, dobry styl, niebanalny pomysł – to główne cechy opowieści o równoległych światach, ludzi i bogów, i ich połączeniu oraz konieczności „zamknięcia Nieba” po zstąpieniu bogów na Ziemię, m.in. do Białegostoku i Warszawy, ale jednak nagromadzenie oszałamiających metafor, wyszukanych dowcipów i zaskakujących point może nużyć, a po zakończeniu lektury okazuje się, że zostaje po niej smutna konkluzja: pokolenie trzydziestolatków nie potrafi poukładać uczonej sieczki w głowie i mają jedynie błyskotliwie zbywającą odpowiedź na każde pytanie, nawet na te pytania najważniejsze – o wiarę, miłość i nadzieję.
„Najbardziej zbrodnicze spotkanie w dziejach wojny” opisane w dość nieuporządkowany sposób, z nastawieniem na popularne ujęcie problemu, choć bez ukłonów w stronę nieprzygotowanych czytelników – brak wyjaśnień podstawowych pojęć i przybliżenia postaci niekoniecznie wszystkim znanych, zagubienie w przestrzeni i w czasie (nielinearne przedstawienie problemów bez jasno wypunktowanych dat i nazw miejsc), nie ma także wyraźnego celu powstania książki (poza przestraszeniem mającym, jak mniemam, przyciągnąć rzesze odbiorców), wreszcie zupełnie zaskakujące zakończenie – gdy, wydawałoby się, wypadałoby spojrzeć jeszcze z innej perspektywy na konferencję w Wannsee, na przykład na dalsze losy jej uczestników (szczątkowo sygnalizowane w przypadkowych miejscach) – ucinające rozkręcającą się narrację, a do tego liczne potknięcia językowe (przy mimo wszystko bogatym słownictwie tłumacza, wijącego się jak na mękach, by sprostać wyzwaniu polszczyzny i nie dawać powtórzeń tam, gdzie można ich uniknąć, to nie mogę nie wypunktować np. nieprawidłowego „ogólnie rzecz biorąc” lub braku „do” po „odnośnie”) oraz usterki merytoryczne, świadczące o niekonsultowaniu tekstu z polskim historykiem (choćby doskonale zakorzeniony w polskiej literaturze Lend-Lease Act, który w tekście głównym wystąpił jako „ustawa o pożyczce i dzierżawie”, co jest jak najbardziej poprawnym sformułowaniem, niemniej jednak rzadziej spotykanym), trudno mi ponadto zrozumieć tytuł, w którym pojawiają się równorzędnie „willa”, „jezioro” i „spotkanie”, przy czym dwa pierwsze występują w rólkach z szóstego planu, a samo spotkanie to kulminacja książki (mądrzy ludzie mówią, że tytuł powinien zapowiadać, co w książce będzie, a ten tytuł sugeruje romantyczną schadzkę w willi nad jeziorem), zatem, reasumując, w mojej opinii to nie jest ani książka naukowa (ze względów oczywistych: nie pojawiły się nowe ustalenia), ani popularna (momentami za trudna), lecz „taka sobie” kompilacja i trudno mi ją zupełnie szczerze polecić, choć, przyznaję, przemawia za nią jeden atut: została przeczytana w jeden dość śpiący wieczór.
Korecenzja do poprzedniej.
Posted by ania13 in
historyczna,
Mark Roseman,
Wannsee
piątek, czerwca 28, 2013
Tytuł dość dobrze oddaje treść książki, która wprawdzie odzwierciedla wysiłki autora w celu przybliżenia nam Ameryki od strony socjologicznej w przekroju historycznym i statystycznym, jednak sposób ujęcia tematu nie dodaje książce duszy i czyni jej lekturę męczącą.
Posted by AK in
literatura faktu
poniedziałek, czerwca 24, 2013
Kim jest Konstanty Willemann i gdzie rozgrywa się jego rozpaczliwa walka o tożsamość: w Warszawie pierwszych miesięcy II wojny czy we śnie morfinicznym, lecz „gdzie”, to ostatecznie nieważne, bo historia podporucznika 9 pułku ułanów z Trembowli, czystego Niemca po matce i ojcu, prawdziwego Polaka w jego duszy utracjusza, birbanta, morfinisty i niedoszłego artysty, gdziekolwiek by się nie rozgrywała, to wciągnie każdego, nie tylko dzięki wyśmienitemu stylowi literackiemu autora, lecz także jego erudycji, fenomenalnemu wręcz warsztatowo tworzeniu światów równoległych oraz – last but not least – igraniu z najświętszymi mitami najnowszej historii Polski.
niedziela, czerwca 23, 2013
Czytanie tego zbioru reportaży czy raczej korespondencji z Rosji 1998–2012, jak głosi podtytuł, to układanie pucla (tak, pucla), jego poszarpane fragmenty tworzą obraz kraju „cienia”, spętanego korupcją i bezprawiem, kraju absurdów i skrajności, cierpiącego na stały deficyt potraconych w wojnach „chłopów”, ale też kraju, który rodzi ludzi umiejących żyć jak w tej ironicznej definicji samizdatu: „sam piszę, sam przepisuję, sam cenzuruję, sam kolportuję, sam odsiaduję”.
Posted by Unknown in
reportaże,
Wacław Radziwinowicz
Po przeczytaniu połowy z eleganckich i salonowych dykteryjek o winie z podejrzliwością zerknęłam na dyskontowe „czerwone wytrawne” za 12,99 zł, nalałam je jednak do kieliszka i z lekkim poczuciem winy (poczuciem wina także!) oraz z już mniejszym entuzjazmem zanurzyłam się w dalszej lekturze, która momentami przypomina degustację: raz trafisz na perłę, raz ze znużeniem odstawisz na bok, a mimo wszystko wracasz (na jedną stację metra lub jeden tramwajowy przystanek, bo tyle trwa czytanie jednej opowiastki), łudzona nadzieją na kolejne odkrycie; książka zatem jest trochę jak skrzynka przypadkowych win.
Posted by ania13 in
eseistyka,
felietony,
Marek Bieńczyk,
reportaże




